Polacy w oczach Anglików, potyczki językowe

O tym jak Polak nie może dogadać się z Anglikiem. Czy poprawnie posługujemy się powszechnie znanym już w Polsce j. angielskim?

Według badań dr. Jörga Zinkena z University of Portsmouth, mówiący po angielsku Polacy są w oczach Anglików niegrzeczni, gdy używają struktur gramatycznych zapożyczonych z języka polskiego. Przez dwa lata badacz nagrywał domowe rozmowy w polskich i polsko-angielskich rodzinach, aby przeanalizować, jak komunikują się członkowie rodziny. Wprawdzie podczas odprowadzania dziecka do szkoły zarówno angielskojęzyczni, jak i polskojęzyczni rodzice używali trybu rozkazującego – włóż buty, zapnij kurtkę – ale gdy cała rodzina siedziała przy stole i jadła śniadanie, prośba o podanie mleka formułowana była inaczej. Brytyjczyk prosił: can you pass the milk?, a Polak najczęściej mówił po prostu: podaj mleko. Jeśli stosował zapożyczoną z języka polskiego formę w języku angielskim: pass the milk, w uszach mieszkańców Wysp mogło to brzmieć niegrzecznie – jako naglący rozkaz.

Po opublikowaniu wyników tych badań w Internecie zawrzało. Ze strony emigrantów na Wyspach pojawiły się komentarze, że to przecież Anglicy, ze swoim zwracaniem się do wszystkich per you, są niegrzeczni, że my może nie wciskamy wszędzie słówka please, ale za to używamy mimiki i intonacji, która ma wyrazić prośbę lub podziękowanie. Inni natomiast zarzucali emigrantom, że wszystkiemu winne jest ich chamstwo i brak ogłady, że psują Polakom reputację, a brak wychowania to nasza wada narodowa. Niektórzy upatrywali winy w szkołach, które u nas kiepsko uczą języków obcych, bez zwracania uwagi właśnie na takie kulturowe subtelności. Tymczasem te szybko ferowane wyroki i wyciągane pochopnie wnioski nie zgadzają się z końcowymi wnioskami, do jakich doszedł autor badań. Dr Zinken różnice w doborze słownictwa oraz gramatyce języka tłumaczył wpływem kultury, a nie jej brakiem.

Anglik prosi, Polak dziękuje

Niemiecki lingwista i psycholog, który przez trzy lata mieszkał w naszym kraju i ma żonę Polkę, już wcześniej zauważył, że w języku polskim przy prostych czynnościach życiowych mało zadaje się pytań, za to często stosuje się, nieużywaną w języku angielskim, formę bezosobową: trzeba. Myśląc o tym, że któryś z domowników powinien coś zrobić, mówimy: trzeba zamknąć okno, trzeba pójść po zakupy, trzeba rozłożyć sztućce. Nie są to bezpośrednie rozkazy, ale sugestie, które sprawiają, że osoba, do której się zwracamy, co prawda nie musi, ale powinna poczuć się w obowiązku wykonać tę czynność lub w niej współuczestniczyć.

W angielskim musimy doprecyzować, kto ma ją wykonać, a zatem zamiast: trzeba podlać kwiaty, powiemy: we must water the flowers. W polskim dodanie podmiotu: trzeba nam podlać kwiaty, zdarza się rzadko i jest w zasadzie zarezerwowane dla języka literackiego i oficjalnych przemówień.

Zarówno bezosobowe „trzeba” jak i „podaj mleko” to formy gramatyczne, które mają swoje uzasadnienie kulturowe – mówi dr Zinken. – Polacy wychodzą z założenia, że w rodzinie wykonanie pewnych czynności przez jej członków jest oczywiste. Tego poczucia wspólnotowości nie ma w angielskich domach, gdzie większe znaczenie ma poczucie autonomii. A zatem Anglicy, używając pytajnika i zwracając się do konkretnej osoby, dbają o jej autonomię. Zadanie pytania: czy możesz mi podać mleko? pozostawia bowiem adresatowi wybór – może odpowiedzieć yes i je podać albo odmówić. Ważne jest też, że osoba, do której się zwracamy, ma w tej wymianie zdań ostatnie słowo.

Polacy, którzy słyszą kategoryczne „podaj mleko”, wykonują to polecenie bez komentarza, dodając najwyżej słówko „już” lub „proszę”. Co ciekawe, my nie odbieramy tej formy gramatycznej jako rozkazu, zakładając po prostu, że pomoc współbiesiadnika przy stole jest oczywista, więc nie trzeba o nią pytać, ale gdy już mleko dostaniemy, dziękujemy za jego podanie. – To dowód na bliskość w rodzinie i pozytywne relacje, a nie powód, by nazywać Polaków niewychowanymi. Dla Polaków ważniejsze jest w rodzinie nastawienie na wspólny cel i solidarność, a nie niezależność i poczucie podmiotowości, jak u Anglików – mówi Zinken.

Szantaż emocjonalny

Podczas gdy można by się spierać z niemieckim badaczem o to, czy przypadkiem nie przeprowadził swego badania na zbyt małej próbie, bo i u nas wiele osób przy stole prosi o podanie mleka, to forma gramatyczna „trzeba coś zrobić” potwierdza obserwację dokonaną kilka lat temu przez dr Mary Besemeres (córkę polskiej lingwistki prof. Anny Wierzbickiej, twórczyni teorii naturalnego metajęzyka semantycznego) z University of Canberra.

Dwujęzyczna badaczka z Australii zwróciła uwagę na określenie „mieć do kogoś żal”, które zupełnie inaczej jest odbierane przez Polaków, a inaczej przez Anglosasów. W języku polskim jest to wyrażenie o silnym ładunku emocjonalnym, mówiące o zawiedzeniu pewnych oczekiwań wobec kogoś, na kim nam zależy. Inaczej w kulturze anglosaskiej, gdzie określenie to jest odbierane zdecydowanie negatywnie, jako szantaż emocjonalny (emotional blackmail) i wymuszanie czegoś przez jedną osobę na drugiej. Analiza dr Besemeres pokrywa się z tym, co wynikło z badań dr. Zinkena – podczas gdy w kulturze anglosaskiej niezależność jest ważniejsza, w kulturze polskiej przykładamy większą wagę do bliskości i solidarności, w imię których gotowi jesteśmy do poświęceń i wykonywania nawet tych czynności, na które niekoniecznie mamy ochotę.

O tym, że w języku są zakorzenione wartości typowe dla kultury, którą reprezentuje, wiadomo od dawna. Lingwiści badają pod tym kątem formy gramatyczne i konstrukcje zdań. Choć dotyczy to różnic nie tylko między polskim i angielskim, akurat one wzbudzają największe zainteresowanie ze względu na liczbę polskich emigrantów w krajach anglosaskich i kłopoty, z którymi się borykają w codziennym życiu. Zdawać by się mogło, że dziś angielski jest światowym lingua franca, a więc językiem uniwersalnym i kulturowo neutralnym, ale to złudzenie. Zrozumienie tkwiących w każdym z języków skryptów kulturowych to niesłychanie istotny element dla tych, którzy muszą żyć w nowym kraju pomiędzy dwoma językami i dwiema kulturami.

Jak najlepiej uczyć się języków

Oczywiście podstawą jest doskonała znajomość obcego języka, bo niezgrabności i nieporozumienia często wynikają z tego, że stosujemy proste kalki językowe. Ale nie tylko to. Prof. Anna Wierzbicka, która już prawie 40 lat mieszka w Australii, przyznaje, że cały czas tłumaczy sobie polski na angielski i na odwrót. To dlatego niektóre osoby, mówiąc w innym języku, mogą odnosić wrażenie, że stają się trochę inne – jakby obcy język zmieniał ich charakter i postrzeganie świata.

Z drugiej jednak strony dr Zinken przekonuje, że nawet jeśli język ojczysty nas kształtuje, to człowiek jest elastyczny i umie się przystosować. Sam jest tego najlepszym przykładem jako Niemiec z Bielefeldu, który najpierw przez trzy lata studiował w Lublinie i Warszawie, a teraz pracuje na brytyjskim uniwersytecie. Według niego, nie należy myśleć o języku jako o więzieniu, które nas ogranicza i pozwala żyć tylko w jednym kraju. – Należy po prostu zdawać sobie sprawę, że za językiem stoi określona kultura, szanować ją i umiejętnie się do niej przystosowywać. Dlatego w kontaktach z obcokrajowcami równie ważna jest znajomość języka i kultury jak otwartość oraz inteligencja emocjonalna. Najlepiej też uczyć się języka w gronie przyjaciół, a nie w szkole czy tylko z książki. Proces zadomowienia się w nowym kraju i języku zawsze wymaga sporego zaangażowania i determinacji.

Na razie dr Zinken nie miał jeszcze okazji badać różnic w gramatyce niemieckiej i polskiej. Intuicyjnie ma wrażenie, że Niemcy są – tak jak geografia na to wskazuje – pod kulturowym wpływem Zachodu i Wschodu. Na ich język, a co za tym idzie – sposób formułowania myśli i gramatykę, większy wpływ niż na Polaków miała kultura i język angielski, ale wyraźne są też wpływy od nas. – Weźmy chociażby wspominaną już formę bezosobową, która w niemieckim występuje, ale nie jest jak w polskim stosowana w życiu codziennym. Jest za to używana, gdy mowa o odwiecznych prawdach, jak: nie należy kłamać, nie należy zabijać – mówi.

Na pocieszenie badacz dodaje, że różnice kulturowe nie zawsze muszą być odbierane tylko negatywnie. Wiele badanych przez dr. Zinkena osób odbierało je jako atrakcyjne i pociągające, a nie odpychające i dyskwalifikujące. Polakom podoba się, wręcz imponuje, grzeczność i elegancja angielskiej wypowiedzi, a Anglicy rozkoszują się naszym luzem, rodzinnym ciepełkiem oraz bliskością, którą stwarzamy przy stole, każąc sobie podać mleko czy sól.

Wpis w kategorii: Blog
Opublikowane przez: